Językoznawczy początek

Istnieją teorie językoznawcze, które głoszą, że używany język wpływa w mniejszym lub większym stopniu na sposób myślenia; najsłynniejsza z tych teorii należy do dwóch badaczy: Edwarda Sapira i Benjamina Lee Whorfa – amerykańskich lingwistów, którzy analizowali języki rdzennych mieszkańców Ameryki. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że Sapir i Whorf twierdzą, iż to w jaki sposób pojmujemy i opisujemy świat, zależy od języka, którym się posługujemy.

Nie tylko oni dwaj

Inny naukowiec – Lera Broditsky zajmowała się z kolei badaniem języka małej aborygeńskiej społeczności osiadłej w Australijskim Pormpuraaw. Ta badaczka zwraca uwagę na bardzo ciekawe zjawisko — nie tylko język determinuje nasz sposób widzenia świata, ale już sam alfabet niejako określa postrzeganie czasu i przestrzeni razem.

Wyobraźcie sobie, że macie ułożyć obrazki z narysowanymi różnymi sytuacjami w porządku chronologicznym. Oczywistym jest, że tuż po odkryciu kolejności zdarzeń zaczniecie je układać od lewej do prawej — jak zresztą każda inna osoba posługująca się europejskim językiem (polskim, hiszpańskim, angielskim itp.), bo wszystkie książki, które przeczytaliście w tych językach zawsze były drukowane w ten sposób, że aby odczytać sens, musieliście spoglądać na wersy tekstu od lewej do prawej właśnie. Tymczasem człowiek posługujący się językiem semickim (np. hebrajskim, arabskim) w sposób dla siebie naturalny ułoży te same obrazki w kolejności od prawej do lewej, bo w taki sposób odczytuje się pismo tych języków.Co więcej: istnieją takie alfabety, w których zapisuje się w obydwu kierunkach: jedna linijka w tę, druga z powrotem albo z góry na dół:

mapka zamieszczona na stronie: https://123tlumacz.pl/rtl-ltr-tekst-dwukierunkowy/

A co z Pormpuraaw?

Lera Broditsky odkryła, że w języku mieszkańców Pormpuraaw nie istnieją słowa „lewo” czy „prawo”, natomiast położenie każdej rzeczy określane jest za pomocą kierunków świata; jeśli więc poprosilibyśmy jednego z tych mieszkańców o ułożenie obrazków w kolejności od najwcześniejszego do najpóźniejszego, to cóż on by zrobił? Najpierw określiłby kierunek, w jakim jest aktualnie zwrócony, aby następnie uporządkować karty od wschodu do zachodu. Co to tak naprawdę oznacza? Jeżeli akurat będzie stał twarzą w kierunku północnym — karty ułoży od prawej do lewej, jeśli jego twarz będzie zwrócona ku południu — od lewej do prawej, a jeśli będzie akurat spoglądał ku wschodowi, karta z najwcześniejszym zdarzeniem zostanie położona przez niego w jakiejś odległości na wprost od jego osoby i następne karty w pionowym ułożeniu znajdą się coraz bliżej miejsca, w którym początkowo on sam się znajdował.

Po co o tym wspominam?

Przytoczyłam Wam te teorie językoznawcze, aby wprowadzić Was do rozmowy o nazywaniu rzeczy, zjawisk, miejsc w języku – zwłaszcza w tak szybko się zmieniającym świecie – jak nasz obecny. Można powiedzieć, że język zmienia się wraz ze zmieniającą się rzeczywistością i będzie to twierdzenie prawdziwe – w jakimś stopniu przynajmniej. Można też powiedzieć, że język rzeczywistość wyprzedza, bo przecież kolejne jednostki nabywają umiejętności językowe wraz z pewnym obrazem świata w nich zawartym (spróbujcie polskie “udało mi się” przetłumaczyć dosłownie na np. angielski) – takie założenie też w pewnym sensie będzie prawdziwe.

Opowiadanie historii

Ludzkość od zawsze lubiła opowiadać sobie historie i opowiadać sobie historię (bo to nie zawsze oznacza to samo, choć w jakimś sensie się pokrywa). W starożytnej Grecji po wyspach krążyli aojdzi, a średniowieczną Europę przemierzali trubadurzy, Pod Kopułą Świata (The Globe) Szekspir snuł swe opowieści, a potem, nomen omen, na scenie pojawili się prozaicy ze swoimi obszernymi powieściami po to, by od XX wieku począwszy, ustąpić miejsca X Muzie.

Ale jeśli spojrzymy na istotę działań tych wszystkich opowiadaczy, okaże się, że tak naprawdę zawsze chodziło o to samo: przykucie uwagi słuchacza/widza/czytelnika i utrzymanie jej względnie długo. Jaki jest najlepszy sposób, aby tego dokonać? Rozciągać w czasie opowieść, nie kończyć, kazać odbiorcom przebierać nóżkami z niecierpliwości i przeklinać dnie, podczas których trzeba czekać, aby dowiedzieć się, co się dalej wydarzy z naszymi ulubionymi bohaterami. Brzmi znajomo?

Gra o tron, La casa de papel i inne Trylogie

W jakimś sensie język zmienia się wraz ze zmianami rzeczywistości i zjawiska związane z fabularnymi historiami możliwymi do oglądania w odstępach czasu – czyli po prostu z serialami – są tego przykładem, choć samo zjawisko snucia opowieści jest stare jak historia człowieka. Najbliższym kuzynem współczesnych seriali są powieści w odcinkach drukowane w czasopismach w XIX wieku.

Nie wiem, czy jesteście świadomi, że np. szału wokół Trylogii Sienkiewicza mógłby pozazdrościć naszemu nobliście producent niejednego współczesnego serialu. Trylogia ukazywała się  w odcinkach łamach warszawskiego “Słowa” w latach 1883–1887. Całe wioski się zbierały, aby usłyszeć kolejny odcinek, czytany przez prawdopodobnie jedyną osobę w okolicy, która akurat czytać umiała. Ludzie opłacali msze za duszę Podbipięty (fikcyjnego bohatera), który zginął w Ogniem i mieczem (sorry za spoiler), podobno Henio chciał uśmiercić także Skrzetuskiego, ale liczne fanki wysyłały tony listów do autora, aby tego nie robił i ostatecznie Jan z Heleną doczekali się licznego potomstwa, o czym możemy przeczytać w kolejnych tomach.

A w 1900 r. społeczeństwo polskie ufundowało ze składek majątek w Oblęgorku autorowi z okazji 25-lecia pracy literackiej – rozumiecie? Polacy złożyli się wspólnie, aby podarować pisarzowi dworek (dziś znajduje się tam muzeum: https://mnki.pl/sienkiewicz/). Gdyby Internet istniał w tamtych czasach, Henio miałby miliony followersów na Instagramie, a Netflix błagałby go o możliwość sfilmowania Trylogii.

XX wiek

Trylogię od najdłużej emitowanej amerykańskiej opery mydlanej – czyli General Hospital – dzieli jedynie 76 lat. Napisałam “jedynie” z pełną odpowiedzialnością, bo 76 lat w historii świata to naprawdę niewiele, zresztą spróbujcie sobie uzmysłowić, że jeden człowiek w swoim życiu mógł przechadzać się po ulicach ze świeżo wydrukowanymi odcinkami Trylogii (albo jako dziecko towarzyszyć komuś, kto tę gazetę czytał) jako i oglądać pierwsze odcinki GH.

Ten serial nadal jest emitowany, gdybyście pytali 🙂

Pierwszym polskim (krótkim) serialem miał być Barbara i Jan z 1964 roku (tylko rok później po General Hospital), ale później mamy najsłynniejsze stare polskie seriale, których Wy raczej nie kojarzycie, np. Czterdziestolatek (premierowy odcinek wyemitowano 16 maja 1975) albo W labiryncie (1988–1991, pierwsza polska produkcja o cechach amerykańskiej opery mydlanej, przez TVP określana jest jednak najczęściej jako telenowela), dalszy ciąg już raczej znacie: słynny Klan (od 1997), Rodzina zastępcza (od 1999) i mnóstwo innych polskich seriali, które w XX wieku zapisały się na kartach historii polskiej telewizji.

XXI wiek

Te pierwsze polskie seriale jak Czterdziestolatek emitowane były cały czas, tzn. raz w tygodniu przez cały rok. Współcześnie trudno w telewizji znaleźć serial, który można oglądać cały rok, bowiem na wzór seriali amerykańskich, które to na jakiś okres bywają zawieszane: na lato, na pół roku, także i te rodzime produkcje są czasowo zawieszane.

Seriale zatem możemy oglądać z przerwami – także te dostępne na wszelkiego rodzaju platformach typu Netflix. Po angielsku nazwa takiej jednej serii od przerwy do przerwy to season – co tłumaczymy na polski jako ‘sezon’, którego podstawowymi znaczenia są ‘pora roku’ albo ‘okres dojrzewania i zbiorów roślin lub owoców’, ale chyba już na stałe weszło do polszczyzny także znaczenie ‘cykl odcinków serialu, programów rozrywkowych itp., stanowiący pewną całość’.

Polski Netflix tłumaczy tytuł serialu, widzimy Dom z papieru zamiast La casa de papel, ale oficjalny zwiastun jest już sezonu 4 – nie 4 serii.

Co prawda można czasem usłyszeć, że ktoś zamiast sezon powie seria, ale tak naprawdę, pomimo że jeszcze nie do końca to zostało usankcjonowane słownikowo, sezon przez użytkowników języka polskiego jest rozumiany jako zestawienie odcinków danego serialu od przerwy do przerwy w jej nadawaniu/dostępności właśnie. Zresztą sezon nie jest polszczyźnie całkiem obcy, nie tylko w znaczeniu ‘pory roku’:

Sezon teatralny

Słowo sezon znane jest w naszym ojczystym języku także jak pewien okres związany z wydarzeniami scenicznymi – wtedy nazywany jest sezonem teatralnym. Obecnie cykliczny okres działalności artystycznej teatru współcześnie trwający zazwyczaj od 1 września do 31 sierpnia, nazywany jest też sezonem artystycznym. W praktyce sezon teatralny liczy się od pierwszych prób po letniej przerwie do ostatniego spektaklu przed jej rozpoczęciem.

Jak można przeczytać w Encyklopedii Teatru Polskiego: “Sezon teatralny jako sposób organizacji czasu pracy teatru kształtował się w Polsce stopniowo i był związany z obyczajami i przyzwyczajeniami publiczności, zwłaszcza zaś z okresami świątecznymi (Boże Narodzenie, Wielkanoc) i wakacjami (letnimi i zimowymi). W efekcie w XIX w. sezon teatralny dzielił się na dwie wyraźne części: od września do połowy grudnia i od końca lutego do połowy czerwca, z większymi przerwami zimową i letnią. Z biegiem czasu stałe teatry niekiedy grywały również w tych mniej popularnych okresach, także latem”.

Odcinki a epizody

Sezony seriali dzielą się na odcinki, a w języku angielskim na episodes. I te epizody właśnie także wkraczają do języka polskiego – chcą być odpowiednikiem odcinków. Co prawda słowniki przekonują, że epizod w polszczyźnie to ‘krótkotrwałe zdarzenie niemające większego znaczenia’ albo ‘fragment utworu literackiego, sztuki lub filmu luźno związany z główną fabułą’, ale tak sobie myślę, że jeśli jeszcze nie teraz, to już na pewno za kilkanaście lat słowo to będzie funkcjonowało jako synonim odcinka właśnie.

Zamiast zakończenia

Taki jakiś długi mi ten wpis wyszedł. Mam nadzieję, że dotarliście do końca 🙂 Chciałam Wam pokazać nieco szersze spojrzenie nie tylko na zagadnienia językowe, ale także na kulturę w ogóle, żeby może chociaż kilkoro z Was powiedziało (jak niektórzy moi maturzyści): “Ooo, jak to się wszystko łączy” 😉